80. urodziny Anny Walentynowicz

sierpień 21, 2009

15 sierpnia, w Święto Wojska Polskiego, miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczyć w Pałacu Prezydenckim w kameralnych uroczystościach z okazji 80. urodzin Anny Walentynowicz, której czytelnikom tego bloga przedstawiać chyba nie trzeba – dość powiedzieć, że Sławomir Cenckiewicz nazwał ją niedawno “Marką Solidarności”.  W trakcie mszy św. w prezydenckiej kaplicy oraz sesji naukowej padło tego dnia zresztą więcej wielkich i wzruszających słów pod adresem Pani Anny, w pełni jednak uzasadnionych jej trudnym i odważnym życiorysem.

W uroczystościach udział wzięła rodzina oraz najwierniejsi “polityczni” i opozycyjni (mam na myśli opozycję antykomunistyczną w PRL) przyjaciele Jubilatki, m.in. prezydent RP Lech Kaczyński, byli premierzy Jarosław Kaczyński i Jan Olszewski, Antoni Macierewicz, Krzysztof Wyszkowski, a także historycy Sławomir Cenckiewicz, Jan Żaryn, były z-ca przewodniczącego Komisji ds. Likwidacji WSI Piotr Woyciechowski i trójmiejska edukatorka Justyna Skowronek.

Warto dodać, że za kilka tygodni ukaże się najnowsza książka Sławomira Cenckiewicza poświęcona inwigilacji i zwalczaniu Anny Walentynowicz przez SB, m.in. zawierająca szczegóły prowadzonych przeciw niej spraw operacyjnego rozpoznania o kryptonimach “Suwnicowa” i “Emerytka”.

Więcej o uroczystościach w Pałacu Prezydenckim tutaj.


Studencka cisza przed burzą

lipiec 22, 2009

Sierpień i wrzesień to polskie miesiące “rocznicowe” – Powstanie Warszawskie, Cud nad Wisłą, “Solidarność” i Porozumienia Sierpniowe, II wojna światowa. Oj niemało tego. Swoje małe rocznice w najbliższych tygodniach będzie obchodziło także Niezależne Zrzeszenie Studentów. W sierpniu 1988 r. działacze gdańskiego NZS wspierali strajk w Stoczni Gdańskiej. Był to drugi etap ich aktywności w tamtym czasie, po uczelnianym strajku w maju, który w efekcie doprowadził do ponownej rejestracji Zrzeszenia we wrześniu 1989 r. Zanim jednak za kilka tygodni będziemy wspominać tamte wydarzenia, warto przypomnieć sobie co do nich doprowadziło, jak studenci w drugiej połowie lat 80. budzili się z marazmu po stanie wojennym. O tym traktuje właśnie mój ostatni artykuł “Studencka cisza przed burzą”, który można przeczytać na portalach Memento.org.pl i Prawica.Net. Zachęcam!


Śladami bezpieki i partii

lipiec 9, 2009

W czerwcu miałem przyjemność prowadzić promocję najnowszej książki dr. Sławomira Cenckiewicza pt. “Śladami bezpieki i partii. Studia – Źródła – Publicystyka”, zorganizowaną przez Klub “Gazety Polskiej” w Gdyni. Poniżej zdjęcie oraz relacja filmowa z tego spotkania. O książce pisał dużo nie będę – Sławek Cenckiewicz to już po prostu marka na polskim rynku, i historycznym, i wydawniczym.

gdynia1


„Drugie podejście” – historia NZS w Trójmieście

czerwiec 2, 2009

W Gdańsku, przy okazji promocji książki znanego trójmiejskiego dziennikarza Zbigniewa Gacha pt. „Drugie podejście. Niezależne Zrzeszenie Studentów w Uniwersytecie Gdańskim 1985-1989 na tle swoich czasów”, odbyło się spotkanie byłych i obecnych członków NZS, a także osób zaangażowanych w latach 80. w działalność innych organizacji opozycyjnych, np. Federacji Młodzieży Walczącej.

Spotkanie, zorganizowane w nieprzypadkowym miejscu, bo na Wydziale Filologiczno-Historycznym Uniwersytetu Gdańskiego (który w 1988 r. był centrum studenckich protestów w Trójmieście) otworzył Roman Sikora, prezes Instytutu Kultury Polskiej i Integracji Europejskiej, który wspólnie z Fundacją na Rzecz Polskich Związków Kredytowych w Sopocie – Wydawnictwem „Pieniądze i Więź” wydał publikację. Sikora wyraził radość z faktu, że organizatorom udało się zgromadzić aż tylu uczestników wydarzeń sprzed ponad 20 lat, którzy tak jak w latach 80. i dziś służą ojczyźnie najlepiej jak potrafią. Dodał, że książka Zbigniewa Gacha jest próbą pokazania tzw. prawdy historycznej o działalności NZS, która może różnić się nieco od indywidualnych odczuć poszczególnych członków Zrzeszenia. Najważniejsze zdaniem Sikory jest jednak to, że ludzie, którym bliska jest i Polska, i historia, chcą się spotykać i dyskutować.

Krótkimi wspomnieniami ze swojej działalności studencko-opozycyjnej w latach 80. podzielili się Grzegorz Bierecki, dziś prezes Krajowej SKOK, wówczas członek Międzyuczelnianego Komitetu NZS, oraz Andrzej Sosnowski, obecnie prezes SKOK Stefczyka, a w 1988 r. członek komitetu strajkowego na Uniwersytecie Gdańskim. Sosnowski podkreślił paradoks, z jakim zmagali się organizatorzy strajków majowych, w tym on jako osoba odpowiedzialna za obieg informacji, musząc najpierw rozbudzić strajkowego ducha wśród studentów, a następnie po kilku dniach studzić ich nastroje, gdy tzw. realizm nakazywał zawieszenie protestu.”

Autor książki przedstawił jej najważniejsze założenia oraz opisał sposób pracy nad publikacją, zaś aby „udowodnić” jej reporterski charakter zacytował kilka najbardziej anegdotycznych fragmentów, które spotkały się z żywym przyjęciem zebranych i sprowokowały część z nich do podzielenia się własnymi co bardziej wesołymi wspomnieniami z opozycyjnej działalności. Zbigniew Gach podkreślił także wyjątkowych charakter młodzieżowej trójmiejskiej opozycji, w której wspólnie działały takie organizacje jak NZS, Federacja Młodzieży Walczącej, ruch Wolność i Pokój, a nawet Ruch Społeczeństwa Alternatywnego.

W spotkaniu, które prowadził Lech Parell (obecnie „Polska. Dziennik Bałtycki”, wówczas WiP), wzięło udział ponad 100 osób, w tym wielu działaczy wymienionych powyżej organizacji, m.in. Paweł Adamowicz, Mariusz Popielarz, Wojciech Kwidziński, Dariusz Krawczyk, Mariusz Roman, Tomasz Miegoń. Nie zabrakło także znanego historyka, byłego członka FMW, Sławomira Cenckiewicza oraz czołowych postaci z „dorosłej” opozycji antykomunistycznej – Krzysztofa Wyszkowskiego oraz Joanny i Andrzeja Gwiazdów. Oklaskami przyjęto prof. Jana Majewskiego, jednego z nielicznych wykładowców, którzy w 1988 r. popierali strajkujących studentów.

Spotkanie zorganizowali obecni członkowie NZS na Uniwersytecie Gdańskim, co potwierdziło, że integracja środowisk NZS-owskich (ale nie tylko) z dwóch tak różnych pokoleń ma sens. Łączą je bowiem wspólne wartości i przywiązanie do historii, zgodnie z tekstem przypomnianej piosenki Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa” – „własne liście zapuszczamy każdy sobie (…), w prawo, w lewo (…) kto pamięta, że to w końcu jedno i to samo drzewo”.

Osoby zainteresowane historią NZS i innych organizacji opozycyjnych zapraszam na historyczny portal społecznościowy www.memento.org.pl.


Katolicy chcą mieć głos w Europie

kwiecień 22, 2009

 
Już jesienią Gdańsk stanie się nieoficjalną stolicą europejskich katolików. W dniach 8-11 października br. w grodzie nad Motławą odbędą się I Katolickie Dni Społeczne dla Europy, organizowane przez Komisję Episkopatów Wspólnoty Europejskiej (COMECE, organizacja reprezentująca instytucjonalny Kościół katolicki w Unii Europejskiej) i Europejskie Centrum Solidarności. Poinformowali o tym na specjalnej konferencji prasowej w Gdańsku metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź, bp Piotr Jarecki (biskup pomocniczy warszawski i jednocześnie wiceprzewodniczący COMECE), ks. prof. Piotr Mazurkiewicz (sekretarz generalny COMECE) oraz Stefan Lunte, specjalista COMECE ds. społecznych i ekonomicznych.

 Spotkanie będzie próbą spojrzenia na europejską rzeczywistość z katolickiej perspektywy i, jak zgodnie podkreślali wszyscy uczestnicy konferencji prasowej, nieprzypadkowo odbędzie się pod hasłem „Solidarność – wyzwaniem dla Europy”. Ma ono bowiem promować podstawową w katolickiej nauce społecznej zasadę, jaką jest solidarność – nie tylko w wymiarze wsparcia socjalnego, ale także wartości i moralności. Zwłaszcza o tym drugim aspekcie pojęcia „solidarność” często się w obecnej Europie zapomina.

 Sekretarz generalny COMECE, ks. prof. Mazurkiewicz, powiedział, że zasada solidarności ginie w kapitaliźmie i liberaliźmie, które mają charakter indywidualistyczny, jednak człowiek z natury rzeczy działa w różnych wspólnotach, stąd istnieje ciągła potrzeba przypominania o solidarności. 

Zdaniem bpa Jareckiego celem konferencji będzie także uświadomienie europejskim katolikom, że samo krytykowanie istniejącego stanu rzeczy z pozycji wartości chrześcijańskich jest łatwe, ale to za mało. – Musimy włączyć się w budowę wspólnego domu, jakim jest Unia Europejska i apelować, by uwzględniał on rozwiązania społeczne, polityczne i etyczne wypływające z katolickiej nauki społecznej – wyjaśnił bp Jarecki. 

Jak powiedział, choć padały różne propozycje miast, które mogłyby zorganizować to prestiżowe spotkanie (m.in. Rotterdamu, Berlina i Londynu), jego pomysł by konferencję przeprowadzić właśnie w Gdańsku spotkał się z jednogłośną akceptacją biskupów-członków COMECE. Także abp Głódź cieszy się, że gospodarzem I Katolickich Dni Społecznych będzie kierowana przez niego diecezja. – W tym roku w Gdańsku będzie wiele rocznic ważnych wydarzeń, które tu właśnie miały miejsce. Przecież to w Gdańsku rozpoczęła się II wojna światowa, ale także wywalczono wolność. To będzie świetna okazja dla gości z Europy, żeby poznać „kolebkę »Solidarności«. Mam nadzieję, że te dni, choć jesienne, będą bardzo owocne – powiedział metropolita gdański.  

Z kolei Stefan Lunte z COMECE liczy, że gdański „genius loci” przyniesie rezultaty. – Katolicy z Malty mogą mieć inną perspektywę niż np. katolicy z Irlandii. Na tej konferencji chcemy połączyć je w całość, tak by katolickie spojrzenie na Europę było wyraziste i słyszalne. 

W I Katolickich Dniach Społecznych weźmie udział ok. 600 osób, tak świeckich, jak i duchownych. Jak celnie spuentował to ks. Mazurkiewicz, kryterium uczestnictwa będzie „nie koloratka, a kompetencja”. Skład delegacji (polska będzie liczyła 40 osób) wyznaczą konferencje episkopatów poszczególnych krajów. Wśród zaproszonych gości będą także wysocy dostojnicy z Watykanu, przedstawiciele innych wyznań chrześcijańskich, najwyższe władze Unii Europejskiej, politycy polscy oraz reprezentanci krajów, które w przyszłości mogą wstąpić do Unii. Dyskusje odbywać się będą w centrum konferencyjnym Polskiej Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance oraz w Dworze Artusa, natomiast towarzyszące im modlitwy i msze św. m.in. w gdańskich kościołach św. Brygidy, św. św. Piotra i Pawła oraz Archikatedrze w Oliwie. I Katolickie Dni Społeczne zakończy ogłoszenie pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców specjalnej deklaracji, której tekst zostanie uzgodniony w czasie obrad.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Skokstefczyka.pl


Polityka historyczna na srebrnym ekranie

kwiecień 6, 2009

 

Niedawno “Popiełuszko. Wolność jest w nas”, wcześniej “Gry wojenne” o płk. Ryszardzie Kuklińskim. Od kilkudni “Generał. Zamach na Gibraltarze” nt. śmierci gen. Władysława Sikorskiego, a niecałe dwa tygodnie “Generał Nil” o ostatnim dowódcy Armii Krajowej gen. Auguście Fieldorfie – historia powoli, powoli zdobywa w polskiej kinematografii należne jej miejsce.

Jeśli chcecie poczytać trochę o tzw. polityce historycznej na “srebrnym ekranie”, polecam mój tekst z najnowszego, kwietniowego numeru “Magazynu Solidarność” – str. 18.

Trochę a propos, a trochę nie polecam też dwa inne teksty publicystyczne mojego autorstwa znajdujące się na portalu SkokStefczyka.pl, nowym miejscu, w którym publikuję:

“Dziwne przypadki Tewje Bielskiego”
“NATO a sprawa polska”


Nie ma pilota bez Palikota?

marzec 18, 2009

“Pawlak jest czysty, bo zawsze przed jedzeniem myje ręce” – to komentarz do sprawy biznesowo-rodzinnych powiązań w kierowanej przez wicepremiera Ochotniczej Straży Pożarnej. „Piłeś? Nie jedź? Nie piłeś? Pij!” – to z kolei uwaga nt. Mirosława Orzechowskiego, polityka LPR, który ostatnio został przyłapany na kierowaniu samochodem pod wpływem alkoholu (ok. 2 promile we krwi). Wreszcie autoocena: „Ja jestem bardziej przystojny. Wygrałem”. Takimi „kwiatkami” uraczyli nas w ostatnim wydaniu prowadzący program „Teraz My” na antenie TVN.  Dodajmy, prowadzący wydawałoby się nie byle jacy, bo Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski, cenieni laureaci wielu dziennikarskich nagród, w tym wyróżnieni tytułem „Dziennikarza Roku 2006” branżowego miesięcznika „Press”. 

Czy to jeszcze poważna publicystyka polityczna czy już show, rozrywka, tyle że nie związana z tańczeniem, gotowaniem, czymkolwiek innym, a polityką? Ot, po prostu w niedzielne wieczory TVN serwuje nam na tacy „Taniec z gwiazdami”, a w poniedziałkowe swoisty „taniec z politykami”? W gruncie rzeczy chodzi chyba o to samo – podanie zmęczonym kolejnym dniem widzom lekkostrawnego, łatwego i przyjemnego w odbiorze dania.

Niestety po tym, jak i wcześniejszych wydaniach „Teraz My” wydaje się, że duet Morozowski-Sekielski, niegdyś jedni z najlepszych reporterów politycznych w Polsce, świadomie wybrał taką drogę medialnej kariery. I jest do kolejny dowód na postępującą w zastraszającym tempie „palikotyzację” (tego terminu chyba nie trzeba wyjaśniać) krajowego światka dziennikarskiego. Bo czym różni się przynoszenie świńskiego łba do telewizyjnego studia od „polowania” na wicepremiera Pawlaka na korytarzach siedziby TVN, by wręczyć mu jego podobiznę stylizowaną na ojca chrzestnego mafii, jak to zrobili Morozowski z Sekielskim.

A propos posła Palikota – kilkadziesiąt minut wcześniej gościł on w konkurencyjnym programie na innej antenie, gdzie m.in. argumentował dlaczego dziennikarzom wolno więcej niż innym, chociażby politykom. Wtórował mu prowadzący (a niech tam, zróbmy „publicity” i „pojedźmy po nazwisku” – Tomasz Lis), chwaląc się, że w przeciwieństwie do wybrańców narodu zasiadających w parlamencie on jest weryfikowany przez widzów co tydzień. Zresztą, jak przypuszczam, zapewne przez wzgląd na tą weryfikację właśnie zaprasza do swojego programu Palikota. Drodzy widzowie, nie pozostańmy głusi na powyższe apele. Mamy piloty? Mamy. Zróbmy z nich wreszcie użytek i głosujmy. Teraz my – (od)wyb(i)orcy dojrzali!


Bohater ściśle jawny

luty 16, 2009

Płk Ryszardzie Kukliński to niestety postać wciąż kontrowersyjna, w opinii wielu Polaków zdrajca. W polskiej tradycji szpiegów rzadko dażono szacunkiem, z reguły współpracę z wojskiem innego państwa traktowano jako kolaborację z zaborcą czy okupantem. Aby właściwie ocenić płk. Kuklińskiego trzeba jednak zadać sobie retoryczne pytanie – jeśli zdradził, to jaką Polskę?

 

            Nie na darmo przecież nasze państwo po 1989 r. nazywa się III Rzeczpospolitą, a nie II Polską Rzeczpospolitą Ludową. Ryszard Kukliński złamał przysięgę wojskową kraju niesuwerennego, pozostającego pod kontrolą Związku Sowieckiego. Swoją współpracą z Amerykanami nie zdradził ani tej Polski, która była przed PRL, ani tej, która po nim nadeszła.

 

Więcej w moim artykule pt. “Bohater ściśle jawny” w miesięczniku “Czas na SKOK”. Zapraszam.


Czeremosz – niezłomna rzeka, niezłomny kapłan

grudzień 23, 2008

Czeremosz to średniej długości (ok. 160 km) rzeka wypływająca z Karpat Wschodnich, przecinająca Pokucie (Huculszczyznę) i wpadająca do Prutu. Dziś na zachodniej Ukrainie, w okresie II Rzeczypospolitej leżała na południowo-wschodnich Kresach Polski, stanowiąc granicę między Polską a Rumunią. To właśnie Czeremosz przekraczały polskie władze we wrześniu 1939 roku, udając się do południowego sąsiada podbijanej przez Niemców i Sowietów ojczyzny, to do wód Czeremosza – by nie dostały się w ręce wroga – wyrzucali swoje karabiny polscy żołnierze schodzący z mostów granicznych z Rumunią. Nic więc dziwnego, że taki właśnie pseudonim konspiracyjny przyjął kapłan-żołnierz Armii Krajowej, który całe swoje przedwojenne życie spędził na Kresach. Mowa o ks. Józefie Zator-Przytockim.

 

Przyszły dziekan Okręgu Krakowskiego AK urodził się w 1912 r. w Wicyniu w woj. tarnopolskim. Po zdaniu matury w 1930 r. zdecydował się na podjęcie studiów na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, z których jednak szybko zrezygnował, wstępując do rzymsko-katolickiego Wyższego Seminarium Duchownego w tym samym mieście. W czerwcu 1939 r. z rąk metropolity lwowskiego abp. Bolesława Twardowskiego przyjął święcenia kapłańskie. Początkowo był wikarym w jednej z podlwowskich parafii, w 1937 r. został przeniesiony do kolegiaty w Stanisławowie, stolicy najbardziej wysuniętego na południowy wschód województwa II RP. Oprócz zajęć kapłańskich prowadził tam katechezę w szkole męskiej i żeńskiej.

 

Ksiądz i żołnierz

Tuż przed wybuchem II wojny światowej ks. Zator-Przytocki wstąpił na ochotnika do Wojska Polskiego, gdzie został kapelanem. We wrześniu 1939 r. odbierał przysięgę od oddziałów wyruszających na front, później m.in. organizował przerzut żołnierzy na Węgry i do Rumunii. Uciekając przed NKWD ponownie trafił do Lwowa, a ostatecznie w styczniu 1940 r. znalazł się w Krakowie. W trakcie tej ostatniej „podróży” miał wiele szczęście – schwytany przez niemiecki patrol wojskowy podczas przekraczania Sanu, został wypuszczony na wolność przez gestapo.

W stolicy Małopolski wstąpił do Krakowskiego Okręgu Związku Walki Zbrojnej, prekursora AK, gdzie prowadził spotkania formacyjne dla żołnierzy, wystawiał fałszywe dokumenty, sporządzał nowe metryki chrztu, etc. W tym okresie, dzięki pomocy ks. Bolesława Grudzieńskiego, związał się z ruchem narodowym. W 1942 r. na życzenie innego wielkiego polskiego kapłana – metropolity krakowskiego abp. Adama Sapiehy – został kapelanem Armii Krajowej jako dziekan Okręgu Krakowskiego AK. To wtedy przyjął pseudonim „Czeremosz”. Jednocześnie został zastępcą dziekana całego tzw. Obszaru 4. AK, obejmującego Południową Małopolskę. Pełniąc te funkcje ks. Józef Zator-Przytocki brał udział w organizowanych w Warszawie spotkaniach z ks. Prałatem Tadeuszem Jachimowskim „Budwiczem”, szefem Służby Duszpasterstwa Sił Zbrojnych w Kraju. Wizytował również małopolskie oddziały AK i Batalionów Chłopskich, w tych ostatnich m.in. stanowczo przeciwstawiając się antykatolickiemu nastawieniu części żołnierzy BCh. Ten okres w życiu niezwykłego księdza z Kresów zakończyło mianowanie go podpułkownikiem Wojska Polskiego w listopadzie 1944 roku.

 

Za Armię Krajową

            Gdy w styczniu 1945 r. do Krakowa wkroczyli Sowieci, Zator-Przytocki kontynuował zarówno wykłady w jednym z gimnazjów, jak i swoją działalność w AK, pomagając żołnierzom podziemia aresztowanym przez NKWD. Jednak naciskany coraz bardziej przez sowieckie służby, za zgodą abp. Sapiehy, opuścił archidiecezję krakowską. Trafił do Katowic, gdzie został aresztowany przez NKWD i przekazany komendzie miasta. Udało mu się uciec i przez krótki czas ukrywać w siedzibie tamtejszej Kurii. Następnie wyjechał do Warszawy oraz Gdańska, który miał się okazać kolejnym ważnym przystankiem na drodze jego życia. W lipcu 1945 r. został proboszczem parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdańsku-Wrzeszczu, pracował także jako katecheta w Technikum Budowy Okrętów „Conradinum”. W 1946 r. mianowano go konsultorem diecezji gdańskiej, dwa lata później obronił doktorat na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika.

            Przyjazd na Pomorze nie okazał się niestety dla ks. Zator-Przytockiego początkiem normalnej, spokojnej pracy – wręcz przeciwnie, oznaczał rozpoczęcie najtrudniejszego chyba egzaminu w jego życiu. We wrześniu 1948 r. księdza aresztowali funkcjonariusze Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Gdańsku. Przez kilka dni przetrzymywany był w gdańskim więzieniu, później w Warszawie, w więzieniu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na ul. Koszykowej oraz w słynnym X Pawilonie na Mokotowie. Powód aresztowania był taki sam jak w tysiącach podobnych wypadków w tamtym bezwzględnym okresie polskiej historii – związki z Armią Krajową.

 

Niezłomny ciałem i duchem

            Wobec przebywającego w więzieniu ks. Zator-Przytockiego zastosowano brutalne tortury, bo o metodach śledczych nie może być tu mowy – był bity po głowie, wyrywano mu włosy z głowy i brody, wbijano na śrubę wkręconą w ścianę, wylewano zimną wodę do nieogrzewanej celi, w której przebywał. Był jednak na tyle silny ciałem i duchem, że nie tylko nie złamał się, ale podtrzymywał również na duchu współwięźniów – odprawiał mszę św., prowadził modlitwy. W grudniu 1949 r. został skazany na 15 lat pozbawienia wolności, 5 lat pozbawienia praw obywatelskich i honorowych oraz konfiskatę mienia. Wyrok ten po złożeniu rewizji do Naczelnego Sądu Wojskowego złagodzona do 8 lat pozbawienia wolności. Karę odbywał w więzieniach we Wronkach, Rawiczu oraz ponownie na Mokotowie. Nadal był brutalnie przesłuchiwany i torturowany, próbowano zmusić go do współpracy z komunistami. Ks. Zator-Przytocki zapłacił za to licznymi chorobami, m.in. przewodu pokarmowego, nerek, woreczka żółciowego. Gdyby nie w porę przeprowadzona operacja, straciłby wzrok. W styczniu 1955 r. napisał skargę do Rady Państwa PRL, co spowodowało złagodzeniem kary pozbawienia wolności do 5 lat i 4 miesięcy, a w efekcie wyjściem z więzienia w marcu 1945 r.

 

Praca dla Gdańska

            Po powrocie do Gdańska okazało się, że wskutek nacisków władz Kuria Biskupia już w 1949 r. pozbawiła go funkcji proboszcza parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa, zabroniono mu także pełnienia jakiejkolwiek funkcji kapłańskiej. Tą decyzję zmieniła dopiero interwencja ówczesnego sekretarza Episkopatu Polski bp. Zygmunta Choromańskiego u dyrektora Urzędu ds. Wyznań Mariana Zygmanowskiego. Jednocześnie od 1956 r. w gdańskiej prokuraturze toczyła się sprawa rehabilitacyjna ks. Zator-Przytockiego. Ponieważ ksiądz nie zgodził na amnestię przyznaną mu przez Sąd Najwyższy (dziwna byłaby to rehabilitacja, wszak amnestia to nie zmiana wyroku a jedynie pewna forma łaski wobec skazanych), sprawa po prostu została umorzona.

            W kwietniu 1958 r. ks. Józef Zator-Przytocki objął funkcję rektora kościoła Najświętszej Maryi Panny w Gdańsku – Bazyliki Mariackiej, a w listopadzie 1960 r. – proboszcza parafii Ducha Świętego przy Bazylice (pierwotnie przy Kaplicy Królewskiej w Gdańsku, na co nie zgodziło się prezydium gdańskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej). Nadal był prześladowany przez komunistyczne władze, wielokrotnie stawał przed kolegium ds. wykroczeń za „łamanie prawa”. Komunistom nie podobały się organizowane przez księdza, a cieszące się dużym powodzeniem wśród gdańskich wiernych rekolekcje, prace restauracyjne w Bazylice Mariackiej czy podejmowane przez niego działania na rzecz patriotyzmu i pamięci historycznej – jak odsłonięcie i poświęcenie kaplicy-pomnika ku czci ponad 2 tys. księży zamordowanych w okresie II wojny światowej.

 

Symboliczna śmierć

            Ponieważ w gdańskim okresie życia ks. Zator-Przytocki pracował na rzecz Kościoła z podobnym poświęceniem, z jakim wcześniej walczył za ojczyznę, piastował wiele stanowisk i został wyróżniony wieloma tytułami i odznaczeniami. Pełnił funkcję diecezjalnego przewodniczącego Komisji Duszpasterstwa Rodzin, od 1968 r. stał na czele Rady Kapłańskiej diecezji gdańskiej. W 1978 r. ordynariusz gdański bp Lech Kaczmarek mianował go członkiem Kapituły Katedry Trójcy Przenajświętszej w Gdańsku. Dostrzegł go także papież Paweł VI, który w 1963 r. nadał ks. Zator-Przytockiemu tytuł szambelana papieskiego, a w 1969 r. prałata honorowego.

            Za walkę w AK w 1963 r. władze RP na uchodźstwie przyznały mu Order Virtuti Militari V klasy, został także odznaczony Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Walecznych, złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami, a we Francji Krzyżem Kombatantów Europejskich. Dla tak wielkiej postaci jej Najwyższy Dowódca przygotował godną, symboliczną śmierć – ks. Józef Zator-Przytocki zmarł 26 listopada 1978 r. podczas odprawiania w Bazylice Mariackiej mszy św. w intencji więźniów politycznych.

 

Niezłomny

            Ks. Zator-Przytocki został pochowany w murach kościoła Mariackiego w Gdańsku, przed którym dziś znajduje się plac jego imienia. Jest także patronem ulicy w gdańskim Wrzeszczu, przy której stoi inny „jego” kościół – pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Był bez wątpienie bohaterem, należącym do grona – na szczęście w ostatnich latach coraz bardziej przywracanego pamięci – „księży niezłomnych”, wielkich postaci polskiego Kościoła w trudnych czasach wojny i komunizmu.

            Jestem żołnierzem Kościoła katolickiego, muszę zawsze i wszędzie zachować równowagę wewnętrzną. Pesymizmowi poddawać mi się nie wolno. Muszę przetrwać ze spokojem wszystko, co mnie spotka” – te słowa ks. Zator-Przytockiego przyświecały mu przez okres śledztwa i pobytu w więzieniu. Jak pokazało życie, sprostał temu wyzwaniu, a to najlepsze świadectwo tego, że nawet wśród owego grona wybitnych – „księży niezłomnych” – płk „Czeremosz” pozostaje wyjątkowy – niepokorny jak rzeka przebijająca się przez Karpaty.

 

Tekst ukazał się w grudniowym numerze miesięcznika „Czas na SKOK”.


Uciekinier z obozu

listopad 4, 2008

 

wprost

 

Czy można być ideowym komunistą, a jednocześnie człowiekiem wierzącym, który w dojrzałym wieku przyjął chrzest rzymsko-katolicki? Czy można być wieloletnim pracownikiem dyplomacji PRL i otrzymywać świąteczne życzenia od najbardziej antykomunistycznego prezydenta USA, Ronalda Reagana? Czy można należeć do grona najbardziej zaufanych osób komunistycznych władz Polski, a następnie być przez te same władze skazanym na karę śmierci i pozbawienie polskiego obywatelstwa? Czy można zostać zrehabilitowanym przez wolną Polskę, ale nie ujrzeć jej na własne oczy?

 

Można. Tego wszystkiego doświadczył Romuald Spasowski, ambasador PRL w Waszyngtonie, który w grudniu 1981 r. poprosił o azyl politycznych w Stanach Zjednoczonych. I o tym jest mój artykuł pt. „Uciekinier z obozu” w najnowszym (45/08) numerze tygodnika „Wprost”.

 

Oczywiście Spasowski nie był osobą kryształową. Ale nie był też postacią całkowicie negatywną. To po prostu sylwetka złożona, a o takich chyba najciekawiej się pisze. Dlatego zapraszam do lektury!