Czeremosz to średniej długości (ok. 160 km) rzeka wypływająca z Karpat Wschodnich, przecinająca Pokucie (Huculszczyznę) i wpadająca do Prutu. Dziś na zachodniej Ukrainie, w okresie II Rzeczypospolitej leżała na południowo-wschodnich Kresach Polski, stanowiąc granicę między Polską a Rumunią. To właśnie Czeremosz przekraczały polskie władze we wrześniu 1939 roku, udając się do południowego sąsiada podbijanej przez Niemców i Sowietów ojczyzny, to do wód Czeremosza – by nie dostały się w ręce wroga – wyrzucali swoje karabiny polscy żołnierze schodzący z mostów granicznych z Rumunią. Nic więc dziwnego, że taki właśnie pseudonim konspiracyjny przyjął kapłan-żołnierz Armii Krajowej, który całe swoje przedwojenne życie spędził na Kresach. Mowa o ks. Józefie Zator-Przytockim.
Przyszły dziekan Okręgu Krakowskiego AK urodził się w 1912 r. w Wicyniu w woj. tarnopolskim. Po zdaniu matury w 1930 r. zdecydował się na podjęcie studiów na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, z których jednak szybko zrezygnował, wstępując do rzymsko-katolickiego Wyższego Seminarium Duchownego w tym samym mieście. W czerwcu 1939 r. z rąk metropolity lwowskiego abp. Bolesława Twardowskiego przyjął święcenia kapłańskie. Początkowo był wikarym w jednej z podlwowskich parafii, w 1937 r. został przeniesiony do kolegiaty w Stanisławowie, stolicy najbardziej wysuniętego na południowy wschód województwa II RP. Oprócz zajęć kapłańskich prowadził tam katechezę w szkole męskiej i żeńskiej.
Ksiądz i żołnierz
Tuż przed wybuchem II wojny światowej ks. Zator-Przytocki wstąpił na ochotnika do Wojska Polskiego, gdzie został kapelanem. We wrześniu 1939 r. odbierał przysięgę od oddziałów wyruszających na front, później m.in. organizował przerzut żołnierzy na Węgry i do Rumunii. Uciekając przed NKWD ponownie trafił do Lwowa, a ostatecznie w styczniu 1940 r. znalazł się w Krakowie. W trakcie tej ostatniej „podróży” miał wiele szczęście – schwytany przez niemiecki patrol wojskowy podczas przekraczania Sanu, został wypuszczony na wolność przez gestapo.
W stolicy Małopolski wstąpił do Krakowskiego Okręgu Związku Walki Zbrojnej, prekursora AK, gdzie prowadził spotkania formacyjne dla żołnierzy, wystawiał fałszywe dokumenty, sporządzał nowe metryki chrztu, etc. W tym okresie, dzięki pomocy ks. Bolesława Grudzieńskiego, związał się z ruchem narodowym. W 1942 r. na życzenie innego wielkiego polskiego kapłana – metropolity krakowskiego abp. Adama Sapiehy – został kapelanem Armii Krajowej jako dziekan Okręgu Krakowskiego AK. To wtedy przyjął pseudonim „Czeremosz”. Jednocześnie został zastępcą dziekana całego tzw. Obszaru 4. AK, obejmującego Południową Małopolskę. Pełniąc te funkcje ks. Józef Zator-Przytocki brał udział w organizowanych w Warszawie spotkaniach z ks. Prałatem Tadeuszem Jachimowskim „Budwiczem”, szefem Służby Duszpasterstwa Sił Zbrojnych w Kraju. Wizytował również małopolskie oddziały AK i Batalionów Chłopskich, w tych ostatnich m.in. stanowczo przeciwstawiając się antykatolickiemu nastawieniu części żołnierzy BCh. Ten okres w życiu niezwykłego księdza z Kresów zakończyło mianowanie go podpułkownikiem Wojska Polskiego w listopadzie 1944 roku.
Za Armię Krajową
Gdy w styczniu 1945 r. do Krakowa wkroczyli Sowieci, Zator-Przytocki kontynuował zarówno wykłady w jednym z gimnazjów, jak i swoją działalność w AK, pomagając żołnierzom podziemia aresztowanym przez NKWD. Jednak naciskany coraz bardziej przez sowieckie służby, za zgodą abp. Sapiehy, opuścił archidiecezję krakowską. Trafił do Katowic, gdzie został aresztowany przez NKWD i przekazany komendzie miasta. Udało mu się uciec i przez krótki czas ukrywać w siedzibie tamtejszej Kurii. Następnie wyjechał do Warszawy oraz Gdańska, który miał się okazać kolejnym ważnym przystankiem na drodze jego życia. W lipcu 1945 r. został proboszczem parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdańsku-Wrzeszczu, pracował także jako katecheta w Technikum Budowy Okrętów „Conradinum”. W 1946 r. mianowano go konsultorem diecezji gdańskiej, dwa lata później obronił doktorat na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika.
Przyjazd na Pomorze nie okazał się niestety dla ks. Zator-Przytockiego początkiem normalnej, spokojnej pracy – wręcz przeciwnie, oznaczał rozpoczęcie najtrudniejszego chyba egzaminu w jego życiu. We wrześniu 1948 r. księdza aresztowali funkcjonariusze Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Gdańsku. Przez kilka dni przetrzymywany był w gdańskim więzieniu, później w Warszawie, w więzieniu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na ul. Koszykowej oraz w słynnym X Pawilonie na Mokotowie. Powód aresztowania był taki sam jak w tysiącach podobnych wypadków w tamtym bezwzględnym okresie polskiej historii – związki z Armią Krajową.
Niezłomny ciałem i duchem
Wobec przebywającego w więzieniu ks. Zator-Przytockiego zastosowano brutalne tortury, bo o metodach śledczych nie może być tu mowy – był bity po głowie, wyrywano mu włosy z głowy i brody, wbijano na śrubę wkręconą w ścianę, wylewano zimną wodę do nieogrzewanej celi, w której przebywał. Był jednak na tyle silny ciałem i duchem, że nie tylko nie złamał się, ale podtrzymywał również na duchu współwięźniów – odprawiał mszę św., prowadził modlitwy. W grudniu 1949 r. został skazany na 15 lat pozbawienia wolności, 5 lat pozbawienia praw obywatelskich i honorowych oraz konfiskatę mienia. Wyrok ten po złożeniu rewizji do Naczelnego Sądu Wojskowego złagodzona do 8 lat pozbawienia wolności. Karę odbywał w więzieniach we Wronkach, Rawiczu oraz ponownie na Mokotowie. Nadal był brutalnie przesłuchiwany i torturowany, próbowano zmusić go do współpracy z komunistami. Ks. Zator-Przytocki zapłacił za to licznymi chorobami, m.in. przewodu pokarmowego, nerek, woreczka żółciowego. Gdyby nie w porę przeprowadzona operacja, straciłby wzrok. W styczniu 1955 r. napisał skargę do Rady Państwa PRL, co spowodowało złagodzeniem kary pozbawienia wolności do 5 lat i 4 miesięcy, a w efekcie wyjściem z więzienia w marcu 1945 r.
Praca dla Gdańska
Po powrocie do Gdańska okazało się, że wskutek nacisków władz Kuria Biskupia już w 1949 r. pozbawiła go funkcji proboszcza parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa, zabroniono mu także pełnienia jakiejkolwiek funkcji kapłańskiej. Tą decyzję zmieniła dopiero interwencja ówczesnego sekretarza Episkopatu Polski bp. Zygmunta Choromańskiego u dyrektora Urzędu ds. Wyznań Mariana Zygmanowskiego. Jednocześnie od 1956 r. w gdańskiej prokuraturze toczyła się sprawa rehabilitacyjna ks. Zator-Przytockiego. Ponieważ ksiądz nie zgodził na amnestię przyznaną mu przez Sąd Najwyższy (dziwna byłaby to rehabilitacja, wszak amnestia to nie zmiana wyroku a jedynie pewna forma łaski wobec skazanych), sprawa po prostu została umorzona.
W kwietniu 1958 r. ks. Józef Zator-Przytocki objął funkcję rektora kościoła Najświętszej Maryi Panny w Gdańsku – Bazyliki Mariackiej, a w listopadzie 1960 r. – proboszcza parafii Ducha Świętego przy Bazylice (pierwotnie przy Kaplicy Królewskiej w Gdańsku, na co nie zgodziło się prezydium gdańskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej). Nadal był prześladowany przez komunistyczne władze, wielokrotnie stawał przed kolegium ds. wykroczeń za „łamanie prawa”. Komunistom nie podobały się organizowane przez księdza, a cieszące się dużym powodzeniem wśród gdańskich wiernych rekolekcje, prace restauracyjne w Bazylice Mariackiej czy podejmowane przez niego działania na rzecz patriotyzmu i pamięci historycznej – jak odsłonięcie i poświęcenie kaplicy-pomnika ku czci ponad 2 tys. księży zamordowanych w okresie II wojny światowej.
Symboliczna śmierć
Ponieważ w gdańskim okresie życia ks. Zator-Przytocki pracował na rzecz Kościoła z podobnym poświęceniem, z jakim wcześniej walczył za ojczyznę, piastował wiele stanowisk i został wyróżniony wieloma tytułami i odznaczeniami. Pełnił funkcję diecezjalnego przewodniczącego Komisji Duszpasterstwa Rodzin, od 1968 r. stał na czele Rady Kapłańskiej diecezji gdańskiej. W 1978 r. ordynariusz gdański bp Lech Kaczmarek mianował go członkiem Kapituły Katedry Trójcy Przenajświętszej w Gdańsku. Dostrzegł go także papież Paweł VI, który w 1963 r. nadał ks. Zator-Przytockiemu tytuł szambelana papieskiego, a w 1969 r. prałata honorowego.
Za walkę w AK w 1963 r. władze RP na uchodźstwie przyznały mu Order Virtuti Militari V klasy, został także odznaczony Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Walecznych, złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami, a we Francji Krzyżem Kombatantów Europejskich. Dla tak wielkiej postaci jej Najwyższy Dowódca przygotował godną, symboliczną śmierć – ks. Józef Zator-Przytocki zmarł 26 listopada 1978 r. podczas odprawiania w Bazylice Mariackiej mszy św. w intencji więźniów politycznych.
Niezłomny
Ks. Zator-Przytocki został pochowany w murach kościoła Mariackiego w Gdańsku, przed którym dziś znajduje się plac jego imienia. Jest także patronem ulicy w gdańskim Wrzeszczu, przy której stoi inny „jego” kościół – pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Był bez wątpienie bohaterem, należącym do grona – na szczęście w ostatnich latach coraz bardziej przywracanego pamięci – „księży niezłomnych”, wielkich postaci polskiego Kościoła w trudnych czasach wojny i komunizmu.
„Jestem żołnierzem Kościoła katolickiego, muszę zawsze i wszędzie zachować równowagę wewnętrzną. Pesymizmowi poddawać mi się nie wolno. Muszę przetrwać ze spokojem wszystko, co mnie spotka” – te słowa ks. Zator-Przytockiego przyświecały mu przez okres śledztwa i pobytu w więzieniu. Jak pokazało życie, sprostał temu wyzwaniu, a to najlepsze świadectwo tego, że nawet wśród owego grona wybitnych – „księży niezłomnych” – płk „Czeremosz” pozostaje wyjątkowy – niepokorny jak rzeka przebijająca się przez Karpaty.
Tekst ukazał się w grudniowym numerze miesięcznika „Czas na SKOK”.