WSI – Raport mniejszości

luty 21, 2007

Tak jak należało się spodziewać, raport z weryfikacji WSI wywołał burzę, dotyczącą jednak nie spraw, które opisuje, a samego raportu, sposobu jego opublikowania i autorów. Tak jak należało się spodziewać, opracowanie nie stało się przedmiotem rzetelnej analizy, a jedynie pretekstem do kolejnego referendum „jesteś za czy przeciw PiS”. Takie upolitycznienie dziwi (choć już coraz mniej), wszak jeszcze nie tak dawno większość partii oraz duża część mediów zgodnie uznawały, że likwidacja wojskowych służb, stanowiących prostą kontynuację służb komunistycznych, jest jednym z najbardziej oczywistych elementów programu naprawy państwa. 

Dziś, zamiast przyznać- „no, chociaż ten postulat udało wam się zrealizować”, większość mediów stwierdza, że WSI wcale nie były takie złe, a raport „nie poraża”.  

Krytyka oponentów raportu Antoniego Macierewicza sama jednak nie wytrzymuje krytyki. Przeciwnicy likwidowania WSI krzyczą, że mają już dość „kolejnych list agentów”, „kolejnych list Macierewicza”, a jednocześnie zarzucają raportowi brak spektakularnych nazwisk. Rzeczywiście, jeśli ktoś się spodziewał, że okaże się, iż Tomasz Lis wespół z Moniką Olejnik podglądali Kamila Durczoka, może być rozczarowany.  Dziennikarze oraz politycy SLD i PO wieszczą całkowitą likwidację polskich służb wojskowych przez dekonspirację agentów (a podobno mało tych nazwisk, mało), a jednocześnie zarzucają, że raport tylko powiela informacje prasowe i wszystkie sprawy w nim opisane od dawna są znane. Skoro prasa i politycy o wszystkim wiedzieli, to obce wywiady chyba tym bardziej? 

Gdy politycy rzucają jakieś oskarżenia, media z reguły mówią- karty na stół, jeśli są dowody, proszę je pokazać. Gdy kawa na ławę padnie, jak w przypadku raportu Macierewicza, dziennikarze podnoszą raban- „skandaliczne ujawnienie”, „dekonspiracja”! Tyle, jeśli chodzi o „medialny” kontekst sprawy. Co do samego raportu, polecam tekst „Wrogie Służby Informacyjne” (najnowszy numer „Wprost”) osób lepiej zorientowanych ode mnie w temacie, byłych przewodniczących Komisji Likwidacyjnej WSI, dra Sławomira Cenckiewicza i Piotra Woyciechowskiego.


WARTO… zobaczyć film “Strajk”

luty 21, 2007

 

Ponieważ sam często (także na tej stronie) czepiam się mediów za ich przesadną krytykę, nie wypada, aby wszystkie wpisy na moim blogu były zbudowane tylko na zasadzie „anty”. Stąd pomysł na cykl „WARTO…”, w którym będę prezentował to, co warto przeczytać, zobaczyć, na co warto poświęcić trochę swojego czasu. Dziś polecam film „Strajk” Volkera Schlöndorfa, na którego oficjalnej premierze miałem przyjemność być w ostatni poniedziałek. Najkrócej mówiąc, opowiada on o opozycji antykomunistycznej w latach 70., aż do strajku w sierpniu 1980 roku, z perspektywy pracownicy Stoczni Gdańskiej (Agnieszka Walczak- postać w oczywisty sposób oparta na życiu Anny Walentynowicz). 

Choć obraz miał swoją premierę dopiero kilka dni temu, już wywołał mnóstwo kontrowersji. Generalnie- większość bohaterów tamtych wydarzeń zarzuca mu nieścisłości historyczne, zapominając, że mamy do czynienia z filmem fabularnym, a nie dokumentem (co na premierze słowami „It’s just the movie” wyraźnie podkreślił sam reżyser). Annie Walentynowicz nie podoba się, że została przedstawiona jako analfabetka (główna bohaterka w filmie nie potrafi pisać i czytać, choć w trakcie rozwoju akcji uczy się tego), Lechowi Wałęsie- że przecenia rolę pani Anny, stoczniowcom- że przedstawia się ich jako pijaków. Na siłę można by w minimalnym stopniu uznać te zarzuty za słuszne, ale czy o to naprawdę chodzi? Przecież nikt oglądający ten film nie ma złudzeń, że komunizm upadł z powodu działalności jednej kobiety (chociaż rola w tym Anny Walentynowicz jest nie do przecenienia). 

1,5-godzinny obraz opowiadający o wydarzeniach z 2 dekad z natury rzeczy musi operować skrótami, schematami, symbolami, obrazami plastycznymi, ale przez to trochę przejaskrawionymi. Nie zmienia to faktu, że film kręcony w całości w Gdańsku bardzo dobrze oddaje realia i atmosferę tamtych lat, świetną rolą drugoplanową „elektryka Leszka” ;-) popisał się Andrzej Chyra, a całość dopełnia hipnotyzująca muzyka Jean Michel Jarre’a z koncertu w stoczni z 2005 roku. No i najważniejsze- wstyd, że mamy taką piękną historię, a filmy o niej muszą nam kręcić inni. Wstyd, że gdy już to zrobią, na premierze takiego filmu połowa foteli w kinie jest pusta.