Nie ma pilota bez Palikota?

marzec 18, 2009

“Pawlak jest czysty, bo zawsze przed jedzeniem myje ręce” – to komentarz do sprawy biznesowo-rodzinnych powiązań w kierowanej przez wicepremiera Ochotniczej Straży Pożarnej. „Piłeś? Nie jedź? Nie piłeś? Pij!” – to z kolei uwaga nt. Mirosława Orzechowskiego, polityka LPR, który ostatnio został przyłapany na kierowaniu samochodem pod wpływem alkoholu (ok. 2 promile we krwi). Wreszcie autoocena: „Ja jestem bardziej przystojny. Wygrałem”. Takimi „kwiatkami” uraczyli nas w ostatnim wydaniu prowadzący program „Teraz My” na antenie TVN.  Dodajmy, prowadzący wydawałoby się nie byle jacy, bo Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski, cenieni laureaci wielu dziennikarskich nagród, w tym wyróżnieni tytułem „Dziennikarza Roku 2006” branżowego miesięcznika „Press”. 

Czy to jeszcze poważna publicystyka polityczna czy już show, rozrywka, tyle że nie związana z tańczeniem, gotowaniem, czymkolwiek innym, a polityką? Ot, po prostu w niedzielne wieczory TVN serwuje nam na tacy „Taniec z gwiazdami”, a w poniedziałkowe swoisty „taniec z politykami”? W gruncie rzeczy chodzi chyba o to samo – podanie zmęczonym kolejnym dniem widzom lekkostrawnego, łatwego i przyjemnego w odbiorze dania.

Niestety po tym, jak i wcześniejszych wydaniach „Teraz My” wydaje się, że duet Morozowski-Sekielski, niegdyś jedni z najlepszych reporterów politycznych w Polsce, świadomie wybrał taką drogę medialnej kariery. I jest do kolejny dowód na postępującą w zastraszającym tempie „palikotyzację” (tego terminu chyba nie trzeba wyjaśniać) krajowego światka dziennikarskiego. Bo czym różni się przynoszenie świńskiego łba do telewizyjnego studia od „polowania” na wicepremiera Pawlaka na korytarzach siedziby TVN, by wręczyć mu jego podobiznę stylizowaną na ojca chrzestnego mafii, jak to zrobili Morozowski z Sekielskim.

A propos posła Palikota – kilkadziesiąt minut wcześniej gościł on w konkurencyjnym programie na innej antenie, gdzie m.in. argumentował dlaczego dziennikarzom wolno więcej niż innym, chociażby politykom. Wtórował mu prowadzący (a niech tam, zróbmy „publicity” i „pojedźmy po nazwisku” – Tomasz Lis), chwaląc się, że w przeciwieństwie do wybrańców narodu zasiadających w parlamencie on jest weryfikowany przez widzów co tydzień. Zresztą, jak przypuszczam, zapewne przez wzgląd na tą weryfikację właśnie zaprasza do swojego programu Palikota. Drodzy widzowie, nie pozostańmy głusi na powyższe apele. Mamy piloty? Mamy. Zróbmy z nich wreszcie użytek i głosujmy. Teraz my – (od)wyb(i)orcy dojrzali!


DziennikarsTWo na froncie

styczeń 10, 2008


Adam Chmielecki


Z małym opóźnieniem (no może nie tak małym, przy złośliwym podejściu PT Czytelników – nawet „rocznym”…) zachęcam do sięgnięcia po najnowszy (12/07, grudzień 2007) numer „Biuletynu IPN”. Każdy biuletyn Instytutu ma swój temat przewodni, swoje cover story. W omawianym takim tematem jest dziennikarstwo w PRL-u – m.in. relacje Służby Bezpieczeństwa z dziennikarzami i swoisty kontekst pracy w tym zawodzie w okresie, w którym tzw. „front ideologiczny” był przecież jednym z najważniejszych.

 Biuletyn IPN 

Ów „pakiet okładkowy” przygotowany przez gdański oddział IPN tworzą rozmowa Jana Rumana z historykiem dr. Sławomirem Cenckiewiczem oraz socjologiem dr. Danielem Wicentym (ta specjalizacja naukowa nie jest tu bez znaczenia), a także dwa artykuły prezentujące konkretne, nieopisane do tej pory przypadki współpracy dziennikarzy z bezpieką - znanego publicysty konserwatywno-liberalnego Jana Marii Fijora („TW” Bereta – tekst „Pospolita twarz SB” Daniela Wicentego) i komentatora spraw międzynarodowych Jerzego Bekkera (TW „Jot” – tekst „»Jot« nadaje” niżej podpisanego). 

Materiały te dotykają takich spraw jak cenzura, kontrola systemu komunistycznego nad środkami masowego przekazu, dobór i kształcenie kadr dziennikarskich, obecność tajnych współpracowników służb w redakcjach – tematów, które do dziś są sporym problemem dla wiarygodności całego środowiska, o czym najlepiej świadczy reakcja na omawianą publikację jednego z najbardziej zainteresowanych – Jana M. Fijora. Na swojej oficjalnej stronie oświadcza on, że autor artykułu na jego temat „wprowadził opinię publiczną w błąd” i spotka się z nim w sądzie. Jakich będzie chciał tam użyć argumentów – jeszcze nie wiemy, bo na razie Fijor ogranicza się do samego zaprzeczenia. Najnowszy „Najwyższy Czas”, którego Fijor jest komentatorem, zapowiada jego tekst na temat zarzutów o współpracę z SB w następnym numerze. 

Spokojniej do sprawy podszedł Jerzy Bekker. W wypowiedzi dla portalu Polskiego Radia (artykuł „DziennikarsTWo w PRL-u” Piotra Dmitrowicza, z którego zresztą zaczerpnąłem pomysł na prostą, ale znaczącą zabawę z literami t i w) przyznał – Miewałem swoje wpadki bolesne zresztą, bez pracy, bez mieszkania, bez środków do życia, więc może stąd pewna słabość i brak siły, żeby powiedzieć temu nieszczęsnemu człowiekowi (chodzi o oficera prowadzącego kpr. S Delakowicza – red.), żeby się po prostu odwalił.

Jak pisze dalej Dmitrowicz, Bekker wspomina, że środowisko dziennikarskie było niezwykle lojalne wobec władz PRL-u – Nie wyobraża pan sobie chyba, żeby ludzie związani z PAP, telewizją, radiem, zwłaszcza z informacyjno–publicystycznymi redakcjami mogli być nieprawomyślni. Jeśli byli, to musieli ukrywać to tak głęboko, że nawet sami o tym nie wiedzieli – tłumaczył.

To gorzkie i ironiczne motto jest chyba niestety prawdziwe.